Wielki Marsz – Stephen King

Wyobraź sobie siebie i maraton. Czterdzieści kilometrów biegiem. Dla mnie to czysta fantazja. A gdyby można było to przejść? No wtedy nabiera to innego wymiaru. Rzecz trudna, ale pewnie nie niemożliwa dla zwykłego zjadacza chleba.

Wyobraź sobie świat, w którym organizowany jest coroczny Wielki Marsz, rodzaj reality show. Wszyscy wiedzą, gdzie jest start. Nikt nie wiem, gdzie się skończy. Nastolatki z całego kraju zgłaszają się, żeby wziąć w nim udział, bo zostać zawodnikiem to przywilej. Wygrać to żądać i dostać wszystko to, czego się zapragnie. Jednak, żeby wygrać, trzeba maszerować dłużej niż inni. Przecież każdy chce wygrać. Jak daleko? Może 40, 100, 200 kilometrów wystarczy? Jak długo?  Może jedna, dwie, albo cztery doby ciągłego marszu załatwi sprawę?

Kiedy raz postawisz stopę na starcie już nie ma odwrotu. To marsz tylko w jedną stronę, jedną, wyznaczoną drogą. Nie można się wycofać, nie można się zatrzymać, bo przekroczenie regulaminu oznacza śmierć zadaną przez wypranych z emocji eskortujących żołnierzy. A wszystko ku chwale Majora.

Od samego początku nie mogłem pojąć tego, jak można w ogóle brać udział w czymś takim? Młodzi chłopcy mający po naście lat, niektórzy już żonaci, na innych w domach czekają całe rodziny, samotne matki, kochające dziewczyny. I decydują się na udział w Marszu, na ten one-way ticket. Na dodatek ludzie to oglądają, kibicują, czekają na czerwone kartki, pokazują to swoim dzieciom, jak gdyby był to zwykły niedzielny spacer po parku.

Historia wciąga jak tytułowy marsz. Kiedy raz ruszysz, nie możesz, nie chcesz się zatrzymać. Najgorsze są mieszane uczucia towarzyszące lekturze: przerażenie i obrzydzenie myślą, że taki świat może pewnego dnia nastać, a z drugiej strony pewna fascynacja, uzależnienie, żeby w końcu skończyć na smutku i żalu za kolejnymi straconymi istotami. Kiedy Marsz dobiegł końca, nie wierzyłem, ze to koniec. Nie chciałem wierzyć. Ciągnął się on leniwie, w tempie sześciu kilometrów na godzinę, by na ostatnim etapie zamienić się w bieg o niemal olimpijskiej prędkości. Dotykałem palcem ekranu na moim czytniku chcąc przerzucić stronę, coraz mocniej, coraz szybciej, jednak przed oczami pozostawało ciągle tylko jedno ostatnie zdanie. Niezrozumiałe. Niechciane.

Nie rozumiem, być może Mój Marsz dopiero się zaczął. Za wcześnie, żeby pojąć jego znaczenie.

„Łatwiej jest przegrać, jeśli nie ma się nic do stracenia.”

Polecam.

, ,

  1. Dodaj komentarz

Napisz co o tym myślisz!!!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: